twitter instagram pinterest bloglovin

Revoy Web

Wszędzie dobrze, ale na Revoy Web najlepiej

  • Strona Główna/Home
  • O Mnie/ About Me
  • Współpraca/Cooperation
    • Kontakt/Contact
    • Portfolio
  • Dodaj mnie na snapie

Hei! Tak, jak obiecałem w ostatnim wpisie, przychodzę do Was z postem, który poświęcony jest niczemu innemu, jak norweskiemu serialowi pod tytułem "Skam" (tłumaczenie pl. wstyd). Więc jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się nad popularnością bądź fenomenem tego serialu, to z miłą chęcią zapraszam Was do dalszej części mojego wpisu. ;) PS. BĘDZIE FAJNIE!



*Zanim całkowicie 'wgryziemy' się w dzisiejszy wpis, wcześniej proponuję odtworzyć wyżej umieszczoną playlistę, w której to usłyszymy muzykę użytą jako soundtrack w "Skam". 


Więc tak, jak na dobry początek przystaje, wypadałoby opowiedzieć o swoich początkach, a raczej o tym, co myślałem o Skam przed obejrzeniem pierwszego odcinka pierwszego sezonu. Jeśli mam być szczery, to o istnieniu owego norweskiego serialu dowiedziałem się za pomocą jednej z grupek na Facebooku. Nie tak źle, prawda? Sęk w tym, że momentalnie doszedłem do wniosku, iż nie jest to nic ciekawego, jak i wartego mojej uwagi, i najprawdopodobniej nie zmieniłbym swojego zdania, gdyby nie mój dobry znajomy, który "przypadkiem" dodał mnie na polską grupkę fanów "Skam", za co serdecznie mu dziękuje. Zapytacie, jak to możliwe, że przez dodanie na zwykłą podgrupkę pasjonatów serialu sam zacząłem go oglądać. Już Wam opowiem. :P Należę do tej małej sekcji osób, które przed obejrzeniem czegoś bądź przeczytaniem, lubią sobie mocno zaspojlerować co i jak będzie miało miejsce w danej książce lub serialu. Los już tak chciał, że pałętając się na wyżej wspomnianej grupce natrafiłem na fan video poświęcone głównemu bohaterowi trzeciego sezonu i jego "przyjacielowi". W ten oto sposób zaczęła się moja przygoda ze "Skam", a teraz wreszcie przyszedł czas na właściwą część wpisu. 



Jak na razie "Skam" doczekało się trzech sezonów (czwarty już w drodze). W każdym sezonie głównym bohaterem jest inna postać, jednakże wszystko inne pozostaje bez zmian - ci sami przyjaciele, te samy zasady, problemy i, co najważniejsze, otoczka związana z norweskim zwyczajem/świętem, którym jest czas Russ *klik*. Pierwszy sezon, który jest, co prawda, moim najmniej ulubionym, przedstawia nam historię Evy Kviig (Lisa Teige), która to przez swoje zachowanie straciła swoją najlepszą przyjaciółkę, a na dodatek zaczyna naukę w szkole średniej - Hartvig Nissen, gdzie ma problemy z nawiązaniem jakiekolwiek kontaktu z innymi osobami niż jej chłopak Jonas (to ten z fikuśnymi brwiami) oraz jego przyjaciel Isak. Pisząc bardzo ogólnikowo poznajemy Evę w najgorszym momencie jej życia.



Wszystko zmienia się w momencie, w którym Eva poznaje swoją paczkę, w której skład wchodzą ironiczna muzułmanka Sana, która jest największą luzerką ze wszystkich, będąc muzułmanką w niereligijnym kraju. Słodka i nadpobudliwa Vilde, starająca stać się kimś ważnym, jak i popularnym. Mądra oraz pomysłowa Noora, będąca kimś w rodzaju super bohaterki. Zaiste w tak różnorodnej grupce nie powinno zabraknąć typowego śmieszka, a raczej śmieszki, która to będzie bawiła team dziewczyn w serialu, jak i nas - widzów, a mowa oczywiście o pozytywnie zakręconej Chris. Wraz z nawiązaniem nowych kontaktów życie Evy zmienia się o 180 stopni, a wszystko, co wydawałoby się do tej pory idealne, z dnia na dzień traci swój 'blask' oraz staje pod wielkim znakiem zapytania.



Jaką postacią jest Eva? Dobre pytanie, prawda? Odpowiedź niestety nie jest satysfakcjonująca, a przynajmniej ta moja. Moim zdaniem Eva, jako główna bohaterka, wypada bardzo nijako. Jej zachowanie jest dość często bardzo niedojrzałe, a wręcz dziecinne, co też wpływa bezpośrednio na decyzje, które podejmuje. Na myśl sunie mi się między innymi jedna scena, w której to Eva dobitnie uświadomiła mi, że jest postacią mocno infantylną, aczkolwiek nie mogę jej tutaj przytoczyć, bo to byłby niezły spojler. Jednakże na pewno da się ją polubić, ponieważ decyzje, które podejmuje mimo tego, że są dziecinne, to w pewnym sensie odzwierciedlają te podejmowane przez nas, a szczególnie dziewczyny, w naszym prawdziwym, realnym życiu. Nie mogę też napisać, że postać Evy w jakikolwiek sposób psuje odbiór serialu, wręcz przeciwnie. Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że jeśli pisałbym ten wpis po obejrzeniu wyłącznie pierwszego sezonu, byłbym zachwycony jej charakterem i nie zwracałbym aż takiej wielkiej uwagi na decyzje przez nią podejmowane. Jednak porównując Evę, a głównych bohaterów sezonu drugiego (Noora), oraz trzeciego (Isak - <3 <3 <3)  to wypada ona bardzo słabo.



Dobra, wiemy już co nieco na temat głównej bohaterki, a teraz spróbujmy powiedzieć o czym tak naprawdę jest "Skam". Na sam początek wróćmy na "szczyt" mojego wpisu i przypomnijmy sobie, co z języka norweskiego na język polski znaczy słówko skam, no tak - wstyd. Jeśli jesteście lub kiedykolwiek, (a na pewno) byliście nastolatkami, to wiecie ile problemów wiąże się z codziennością osoby, która właśnie przechodzi okres dorastania. Dorastanie równa się z masą problemów, które to bezpośrednio w większości przypadków wiążą się z narastającym uczuciem wstydu. I tak jak już pewnie się domyśliliście "Skam" opowiada o dorastaniu, odnajdywaniu siebie, przyjaźni, miłości, problemach, jak i szukaniu najlepszego rozwiązana danego problemu. Dlaczego Skam odniosło tak wielki sukces? 



Jest to pytanie, które pojawia się bardzo często na grupkach Facebookowych. Więc czemu by na nie nie odpowiedzieć przy okazji pogawędki dotyczącej pierwszego sezonu. Wydaje mi się, że klucz w sukcesie "Skam" tkwi w tym, że wszystko, co zostało tam pokazane, w idealny sposób odzwierciedla nasze nastoletnie życie. Oprócz tego sama kultura Norwegii, jak i zwyczaje tam panujące, są po prostu niesamowite. Sam zwyczaj Russ, o którym wyżej wspominałem, jest tak cholernie ciekawy, że na czas matury chciałoby się zamieszkać w takim Oslo. A no i trzeci sezon (mój ulubiony) swoją odważną tematyką podbił serca milionów osób na całym świecie, zaczynając od Twittera, a kończąc na wszystkich możliwych portalach społecznościowych dostępnych w XXI w. Jeszcze warto wspomnieć o tym, że Julie Andem (reżyserka oraz scenarzystka "Skam") niejednokrotnie podkreślała, iż wątki przedstawione w serialu są oparte na przeżyciach prawdziwych ludzi [dopisek red. norweskich nastolatków].



Wszystkie czynniki, które udało mi się przedstawić w dzisiejszym wpisie razem podsumowane, tworzą jeden prosty wniosek Skam jest genialnym serialem. I jak tutaj żyć kiedy nie masz się do czego przyczepić? A najgorszy jest fakt, że na czwarty sezon "Skam" muszę sobie jeszcze trochę poczekać. Co ja mogę robić w tym czasie? A no tak! W najbliższych dniach na blogu ukaże się recenzja biografii twórcy "Gwiezdnych Wojen" oraz trochę później moja opinia na temat drugiego i trzeciego sezonu "Skam", jak i skromna lista życzeń, czego oczekuję (na co czekam) w czwartym sezonie. :P 
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze

O sprawcy dzisiejszego bałaganu na Revoy Web, jego polskie wydawnictwo, które serdecznie pozdrawiam pisze tak: "André Aciman (2 stycznia 1951 roku) - amerykański autor, eseista i literaturoznawca urodził się i dorastał w Egipcie, w rodzinie sefardyjskich Żydów. Wykładał literaturę francuską w Princeton University, uczył też kreatywnego pisania w Bard College. Jest autorem wielu prac krytycznych o twórczości Marcela Prousta. W 1995 roku wydał wspomnienia pod tytułem "Wyjście z Egiptu". Książka otrzymała Nagrodę Whiting. Aciman publikuje na łamach "The New Yorker", "The New York Review of Books" i "The New York Times". Obecnie jest profesorem City University of New York, gdzie wykłada teorię literatury. Jego powstała w 2007 roku powieść "Tamte dni, tamte noce" otrzymała Nagrodę Literacką Lambda w kategorii Gay Fiction i została uznana przez "New York Times" za książkę roku". *źródło*  Czy aby na pewno słusznie? Przekonajmy się! 😇


Słoneczne Włochy, lata osiemdziesiąte, wakacje, młodość... Istna kumulacja szczęścia. Elio Perlman jest inteligentnym siedemnastolatkiem (nie 'jara' mnie fakt, że mam tyle samo lat wcale a wcale) o pochodzeniu francusko-amerykańsko-włoskim (istny miks). Wraz ze swoją rodziną każde wakacje spędza w malutkiej, aczkolwiek przyjaznej włoskiej willi, gdzie poszerza swoje zainteresowania — przepisuje muzykę, spotyka się ze znajomymi, jeździ na rowerze oraz pływa. W razie kłopotów Elio może zawsze liczyć na pomoc rodziców. Ojca — nestora rodziny, który na co dzień jest fenomenalnym profesorem, jak i matkę —  Annellę, tłumaczkę, która uczy chłopaka rozkoszować się kulturą i przyrodą Włoch. 🍁🌞Aby wakacje nie były nudne i sztampowe rodzina Elio co roku na czas paru tygodni przyjmuje w swoje 'skromne' progi młodych uczonych, którymi bacznie opiekuje się ojciec głównego bohatera. Podczas wakacji w 1983 roku nie mogło być inaczej. W XVII-wiecznej willi pojawia się przystojny Amerykanin żydowskiego pochodzenia — Oliver. 🍑


Pojawienie się Olivera w życiu rodziny nie napawa Elio pozytywnymi emocjami. 24-letni mężczyzna zachowuje się opryskliwie oraz ordynarnie w stosunku do 17-letniego młodzieńca. Zaistniałej sytuacji nie pomaga fakt, że nastolatek musi oddać swój pokój niechcianemu przybyszowi. Jak to bywa w życiu: kto się lubi, ten się czubi. Między Elio i Oliverem rodzi się niezwykła, a zarazem tajemnicza więź, której towarzyszy ciągłe nieustające napięcie seksualne. Mimo początkowej niechęci Amerykanina w pewnym momencie jego serce zaczyna bić wyłącznie w jednym rytmem E L I O. Punktem kulminacyjnym romansu chłopców jest wspólnie przeżyta noc w Rzymie. 💖


Kiedy zacząłem czytać "Tamte dni, tamte noce" obawiałem się najbardziej jednego - że książka okaże się do bólu szablonowa i nijak mnie zaskoczy. Na szczęście nie miałem dobrego przeczucia (przynajmniej tym razem) i zaskoczyłem się pozytywnie. Oczywiście zarys fabularny nie należy do najoryginalniejszych, aczkolwiek autorowi udaje się zgrabnie poprowadzić fabułę i z gracją pchać ją do przodu. Powieść podzielona jest na cztery części, które kolejno obrazują ewolucję narastającego uczucia między Oliverem a Elio. Historia przedstawiona w książce jest niesamowicie wciągająca. A jest to sprawa nikogo innego jak szanownego pana André, który sprawnie łączy treść oraz formę w jedną spójną masę (i to jaką). Czytając TDTN miałem wrażenie, że więź łączące Olivera i Elio jest tak samo silna, jak miłość Romeo i Juli w dramacie Szekspira, a to przynajmniej w moim odczuciu wielki plus. Skoro mowa już o relacji Oliver i Elio warto wspomnieć o tym, że jest ona przedstawiona bezbłędnie. Ich romans zaczyna się powoli — kolejno od małych gestów, spojrzeń, gierek słownych, aż po zgrabnie ukryte aluzje z wiadomym podtekstem. Mówiąc, a raczej pisząc najprościej, postacie stworzone przez autora są po prostu wiarygodne - chce się wierzyć, że naprawdę istnieją. 😅


Zakładam, że każdy z Was ma taką książkę, do której wraca co jakiś czas. Ja na przykład bardzo często oddaję się lekturze "Małego Księcia" i ile razy bym go nie czytał to za każdym razem odkrywam coś nowego. Wydaje mi się, że "Tamte dni, tamte noce" też jest taką książką. Znajdziemy w niej tyle wspaniałych sentencji — dobrze poprowadzonych, głębokich dialogów, nie tylko pomiędzy głównymi bohaterami. Myślę także, że niezależnie od orientacji, koloru skóry czy poglądów każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Miałem to szczęście, że zanim obejrzałem ekranizacje powieści to ją przeczytałem i sądzę, że książka jest idealnym dopełnieniem filmu i pozwala zrozumieć go lepiej, a już na pewno dokładniej. Reasumując powieść André Acimana to nie banalna, dobrze napisana, wciągająca książka, która podołała ciężkiemu zadaniu przedstawienia historii miłości dwójki mężczyzn. 💜 Ps. W sobotę o godzinie 15 możecie spodziewać się wpisu poświęconego jednemu małemu norweskiemu serialowi. 

Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze

Hejka! 💜 Dzisiaj porozmawiam, a raczej popiszę sobie o życiu w internacie ew. bursie *kto co woli — jeden pies*. Przed Wami jedyna taka okazja, żeby poczytać sobie o nigdy niekończących się imprezach, znajomościach zawartych na całe życie (i jeszcze dłużej), sytuacjach niczym z hollywoodzkich filmów oraz najlepszym jedzeniu na całym świecie. A tak na poważnie to w rozwinięci notki przeczytacie całą prawdę i tylko prawdę *czy jakoś tak*. 😝


1. Życie w internacie to ciągła impreza. Tsa, a Święty Mikołaj z reklamy coca-coli istnieje. Jeśli dostawałbym pięć złotych za każdym razem, kiedy to słyszę —  dorobiłbym się całkiem niezłej fortuny. Jak jest naprawdę? Zacznijmy od tego, że jest zasadnicza różnica między akademikiem, a internatem dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych (gdzie średnia wieku waha się od 16 do 18 lat). Więc jeżeli ktoś myśląc o zamieszkaniu w internacie wyobraża sobie sceny niczym z "Wiecznego Studenta" to niestety, ale mocno się rozczaruje. Jednym z głównych czynników wpływającym na brak imprez są wychowawcy, którzy są dosłownie wszędzie. Kolejnym dość "zaskakującym" powodem jest brak czasu — tak osoby mieszkające w internacie też muszą się uczyć, a jeśli jeszcze chodzisz do ambitnej szkoły i masz dowalone tysiąc dodatkowych przedmiotów to powodzenia w organizowaniu imprezy stulecia. Jest jeszcze jeden dość skuteczny szczególik, który utrudnia prowadzenie hucznego trybu życia, a mianowicie chodzi mi o regulamin placówki, w którym wyraźnie zakazuje się wnoszenia, jak i spożywania napojów alkoholowych. Ale, ale! Dla chcącego nic trudnego moi drodzy. Jeżeli nie boicie się ryzykować wezwaniem rodziców, wizytą na izbie wytrzeźwień lub po prostu straceniem dachu nad głową to możecie próbować — czasami udaje się zorganizować małe, kameralne posiedzenia. 😜 


2. Współlokatorzy. Jest to dość ważny aspekt życia w internacie, który tak naprawdę nie zależy od nas. Możesz mieć szczęście i trafić na naprawdę świetnych ludzi lub wygrać w loterii nieszczęścia, a tym samym zamieszkać z osobami, które zamienią wasze życie w istne piekiełko. 👿 Ja na szczęście dostałem naprawdę niesamowity pokój z niezwykłymi osobami *serdecznie pozdrawiam Kacpra, Dawida i Adama* - i tak tego nie przeczytacie, ale cii. W sumie, to jeśli teraz miałbym szansę wybrać osoby, z którymi będę mieszkał przez kolejne trzy lata to wybrałbym ich, ale to mało ważne — przynajmniej dla tego wpisu. 😅 Zapytacie, co zrobić w momencie, kiedy mamy pecha i osoby, z którymi mieszkamy nam nie podeszły. Już odpowiadam! W takim wypadku udajemy się do wychowawcy i prosimy o zmianę pokoju ew. interwencję wychowawczą tj. pogadankę. 


3. Wszystko moje jest Twoje, a Twoje jest moje.  Dość nieciekawą sytuacją mającą niestety często miejsce w internacie jest kradzież. I nie chodzi mi tutaj o kradzież jakiś wartościowych rzeczy typu laptop, ubranie, kosmetyki itp. Na myśli mam drobne kradzieże, które występują tylko i wyłącznie we wspólnej lodówce wszystkich mieszkańców internatu. Wiecie — nie fajne jest uczucie, kiedy przekopujesz się przez pierdylion parówek, sałatek oraz napojów w poszukiwaniu tego jedynego, żeby po piętnastu minutach ogarnąć, że twój jogurcik czekoladowy znikł na zawsze! Jedyną rozsądną czynnością jaką możesz wtedy zrobić jest spokojny powrót do pokoju i planowanie zemsty — szukanie igły w stogu siana, ale dla ukochanego jogurtu warto! 😏


4. Jedzenie. Jeżeli liczycie na wykwintne potrawy w placówce wychowawczej, to możecie się troszeczkę zawieść, ale kto wie? Wszystko zależy, do jakiego internatu traficie. W moim wygląda to tak, że na początku miesiąca dostajemy blok jedzeniowy: na każdy dzień przypadają trzy bloczki tj. śniadanie, obiad i kolacja. Jakościowo jedzonko, które dostajemy, wypada całkiem okej. No może poza małym niuansikiem, że czasami jest go za mało, a szczególnie widoczne jest to podczas kolacji, której równie dobrze mogłoby nie być. W razie potrzeby zawsze można zamówić pizze. 🍕


5. Mieszkasz w internacie = możesz robić co chcesz. Pięknie to brzmi c'n? Szkoda tylko, że tak nie jest. W robieniu czego i kiedy się chce troszeczkę przeszkadza obowiązujący regulamin. Ponieważ zawarta w nim jest jedna surowa zasada mówiąca o tym, że każdy mieszkaniec internatu musi w nim się znajdować do tzw. magicznej godziny 22:00. Chyba że jesteś pierwszoklasistą! Wtedy twoim zadaniem number one jest meldunek nie później niż przed 21:00. Zamieszkując w internacie automatycznie zgadasz się na pożegnanie: nocnych wypadów do klubów, koncertów — ogólnie możesz powiedzieć "papa" życiu towarzyskiemu po wyznaczonej godzinie policyjnej. 👮🚨


6. Wychowawcy. Czyli osoby, które potrafią nieźle uprzykrzyć Ci życie lub wysłuchać w razie potrzeby i dopiero potem uprzykrzyć życie. 😜 To tak jak z rodzicami tylko z tą różnicą, że dla wychowawców jesteśmy jednymi z wielu mieszkańców ośrodka i nie muszą martwić się o naszą przyszłość bo, tak czy siak, za niedługo się nas pozbędą. Ogólnie głównym zadaniem wychowawców jest opieka nad zamieszkałymi w internacie. W wielkim skrócie w pakiet "opieki" wchodzą takie udogodnienia jak: sprawdzanie pokojów dwa razy dziennie (rano i wieczór), pilnowanie porządku, sporadyczne organizowanie internatowych "imprez", ocenianie czystości w pokojach (co dwa tygodnie), "rozmawianie" o mieszkańcach i wiele innych ciekawych, a zarazem tajemniczych aktywności. 🙊


7. NOWI ZNAJOMI. 💜💛💛💚💙 Mieszkanie w internacie daje bardzo dużo możliwości, jeśli chodzi o samorealizacje, a nic tak bardzo nie rozwija jak możliwość poznania nowych, świetnych oraz przede wszystkim młodych ludzi naładowanych mega pozytywną energią! 😆 Ps. Pamiętajcie o jednej złotej zasadzie, a mianowicie to ludzie tworzą atmosferę, a nie miejsce. 😇
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze

Witajcie, moi drodzy czytelnicy! 😀 Dzisiaj porozmawiamy sobie o miłości, a raczej różnych obliczach miłości, i wielkiej tolerancji w naszej pięknej Polsce braku tolerancji w Polsce. Francuski XX w. pisarz Pierre La Mure napisał kiedyś książkę pod tytułem "Miłość niejedno ma imię" i to właśnie jego słowa będą motorem napędowym dzisiejszego wpisu. 😏 


*Zanim całkowicie 'wgryziemy' się w dzisiejszy wpis, wcześniej proponuję odtworzyć wyżej umieszczoną playlistę z utworami, które były przy mnie, kiedy go tworzyłem*. 💖+ w poście znajdują się obrazki z serialu "Eyewitness", "Skam" oraz "OITNB" (możliwe spojlery). 😆



Czym tak w ogóle jest miłość? 😲 Według słownika języka polskiego miłość jest głębokim uczuciem do drugiej osoby, któremu zwykle towarzyszy pożądanie. Natomiast dla Antoine de Saint-Exupery'ego miłość nie polega na wzajemnym wpatrywaniu się w siebie, ale wspólnym patrzeniu w tym samym kierunku. Okej. Słownik, jak i szanowny Pan Antoine, mają racje co do definicji miłości (przynajmniej tej najprostszej). 😏 Więc czym jest miłość dla mnie siedemnastoletniego chłopca? Moim zdaniem miłość jest niezwykłym oraz wspaniałym uczuciem, którego nie sposób opisać żadnym, nawet najbardziej kunsztownym epitetem, ale przede wszystkim miłość jest dla mnie popędem (pociągiem) seksualnym skierowanym w stronę drugiej osoby. A czym dla Was jest miłość, kochani? 😅


Więc wiemy już mniej więcej, czym jest miłość. 😃 Teraz niech każdy z Was — moich czytelników — zada sobie pytanie, czy istnieje jeden prawidłowy wzór miłości? Otóż nie, nie istnieje. 😊 (no oprócz tego chemicznego *klik*, ale sza sza). Miłość ma to do siebie, że jest nieobliczalna i trudno ją kontrolować, a jeszcze trudniej powstrzymać wyboru naszego psotnego serduszka. Jak to napisał "mało" znany pisarz A.Mickiewicz w XIX w. "Bo serce nie jest sługa, nie zna, co to pany/I nie da się przemocą okuwać w kajdany". 😸 Co chcę przez to "powiedzieć"? W skrócie chciałbym zwrócić uwagę na to, że miłość nie jest zarezerwowana tylko dla jednego, "dobrego" wzoru, którym wielu osobom wydaje się hetero + hetero = *143. Miłość to także pary biseksualne, homoseksualne, panseksualne itd. 


Właśnie teraz jest ten moment, w którym odpowiemy sobie na pytanie, dlaczego nasz kraj jest tak bardzo nietolerancyjny. 😪 Oczywiście zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, że Polska nie jest najbardziej nietolerancyjnym krajem na świecie i np. w takiej Indonezji jest tysiąc razy gorzej oraz że w dzisiejszych czasach do większości (z małymi wyjątkami) nietolerancyjnych osób należy starsze grono Polaczków, a ludzie młodzi częściej są bardziej tolerancyjni i otwarci na nowości. Głównym powodem niechęci Polaków do homoseksualizmu jest, że tak to ujmę, nasze zacofanie wynikające z faktu, iż podczas zaborów polska społeczność nie była zainteresowana rozwijającą się kulturą, a zamiast tego ludzie wtedy żyjący myśleli tylko o tym, jak przywrócić chwałę naszemu państwu (za co oczywiście należy się im ogromna gloria i pamięć). Jak na złość II Wojna Światowa i m.in. zniszczenie stolicy naszej ojczyzny nie pomogło w rozwinięciu naszych horyzontów kulturalnych. 🙉


Drugim powodem jest fakt, że większość Polaków wyznaje katolicyzm, który, jak wiecie albo i nie, wyklucza homoseksualistów współżyjących z sobą z kościoła, życia wiecznego itp. (Trzecia Księga Mojżeszowa 20.13-23) "Mężczyzna, który obcuje cieleśnie z mężczyzną tak, jak z kobietą, popełnia obrzydliwość; obaj poniosą śmierć, krew ich spadnie na nich". Trzecim powodem są stereotypy o osobach innych orientacji. Mówiące m.in. o tym, że "geje roznoszą hiv", "geje są zniewieściali" "geje chcą adoptować dzieci, żeby potem móc je molestować" i tak by wymieniać. 😌 Czwartym, najpopularniejszym powodem jest strach, niewiedza oraz brak chęci zrozumienia jednostki o innej orientacji, bo przecież łatwiej klepać na pamięć łatwe hasełka niż porozmawiać z taką osobą oraz dowiedzieć się, jak wszystko wygląda z jej perspektywy i poznać jej myśli bądź uczucia. 🙌




Jaka jest nadzieja, że sytuacja w Polsce się zmieni? 😯 Wydaje mi się, że kwestią czasu jest, aż w końcu Polacy zaakceptują homoseksualistów, biseksualistów (...) oraz zrozumieją, że każdy ma równe prawa niezależnie od wyznania, koloru skóry czy orientacji seksualnej. Dlaczego tak sądzę? Ponieważ za parę lat to my, młodzi ludzie urodzeni w XXI w., będziemy tworzyć nasz kraj oraz naszą kulturę i jestem przekonany, że razem uda się nam uczynić Polskę pięknym domem dla każdego — bez wyjątków.  💗💙💚💛💜 - Peace and Love! 
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze



Hejka! 😀 Dzisiaj przychodzę do Was z listą filmów, na które najbardziej czekam w dwa tysiące osiemnastym roku. Zapraszam. 💓
FILMY


1. Love, Simon. Swoje pierwsze intymne spotkanie z postacią Szymona mam już za sobą, a to wszystko dlatego, że jakiś czas temu podjąłem się lektury książki Albertalli Becky pt.: "Simon oraz inni homo sapiens". Moim zdaniem powieść A. Becky jest mądrą, dowcipną, niebanalną oraz przede wszystkim dobrze napisaną młodzieżówką, ale o książce kiedy indziej. Więc nie ukrywając mam bardzo dużo oczekiwania względem jej ekranizacji, za którą odpowiada Greg Berlanti (pracujący m.in. przy Riverdale, Flash, Arrow), a i lubię bardzo kino LGBT, ale to wiecie. 😏 + Nick Robinson (Olly z "Ponad Wszystko") oraz Katherine Langford (Hannah z "13 powodów") są mi bardzo bliscy i pokładam w nich olbrzymią nadzieję. 💛


2. Solo: A Star Wars Story. Dokładnie od trzech lat jestem wielkim fanem świata stworzonego przez George Lucasa i każdego dnia dogłębnie analizuje informacje dotyczące uniwersum "Gwiezdnych Wojen". Skłamałbym pisząc, że jestem optymistycznie nastawiony do ekranizacji przygód młodego Solo. Tym bardziej, że ostatnie zakulisowe plotki nie przekazują żadnych dobrych wieści, ale mimo tego pokładam ogromną wiarę w Lucasfilm, jak i samego Rona Howarda, i mam nadzieję, że 25 maja 2018 r. wyjdę z kina zadowolony i będę mógł polecić film swoim najbliższym znajomym. 💣


3. Isle of Dogs. Kiedy myślę o wyspie psów od razu robi mi się cieplutko na serduszku, a kiedy dodam jeszcze do tego fakt, że reżyserem jest sam Wes Anderson ("Fantastyczny Pan Lis") to momentalnie rodzi się w mojej główce przeczucie, że "Wyspa Psów" będzie jednym z większych filmowych arcydzieł bieżącego roku. Wisienką na torcie jest obsada odpowiedzialna za dubbing m.in. Scarlett Johansson, Bil Murray. 💓


4. A Star Is Born. Tak naprawdę nie wiem, czego mogę się spodziewać po tym tytule, albowiem jest to debiut reżyserski Bradleya Coopera, którego możecie kojarzyć choćby z "Kac Vegas", a na film zwróciłem głównie uwagę przez swój sentyment do Lady Gagi. 😜 Mimo to uważam, że film ma mocną szansę namieszać w tegorocznym box office i zaskoczyć sceptycznie nastawionych. 


5. Call Me By Your Name. Tak jak w przypadku Szymona "Call Me By Your Name" jest ekranizacją amerykańskiej powieści LGBT napisanej przez Andre Acimana. Historia przedstawiona w filmie opowiada o wspólnej fascynacji dwójki mężczyzn. Akcja melodramatu rozgrywa się w ciepłych Włoszech. 💛 Czego chcieć więcej? Włochy, dwójka zakochanych, wakacje, doborowa obsada, XIX w. = przepis na znakomity film. (Ps. Za niedługo na blogu pojawi się recenzja książki A. Acimana — czekajcie kochani, a może i nawet jakiś konkursik zrobimy).  ❤


6. Avengers: Infinity War. Po dziesięciu latach od rozpoczęcia pierwszej fazy uniwersum Marvel Cinematic przyszedł czas na wielką kulminację i ogromne fajerwerki. Mógłbym się rozpisywać w najlepsze o tym, dlaczego czekam na ten film, ale wystarczy, iż przypomnę Wam o tym, że w wojnie bez granic pojawią się wszystkie "żywe" postacie, które do tej pory mogliśmy podziwiać w kinowym uniwersum Marvela m.in. Iron Man, Hulk, Thor, Kapitan Broda Ameryka, Czarna Pantera, Doktor Strange, Star Lord, Rocket Racoon itd. Nie mogę się doczekać! 💕


7. Lady Bird. Ta produkcja to złoto i diamenty, a tak przynajmniej twierdzą użytkownicy Rotten Tomatoes, albowiem na dzień dzisiejszy sztuka ma zaskakująco wysoką średnią, bo 8,8/10. Warto wspomnieć, że film ten jest samodzielnym debiutem reżyserskim znanej aktorki Grety Gerwig. Dzieło Grety swoją oficjalną premierę miało 1 września 2017 r. i aktualnie na swoim koncie ma 37 nominacji i 8 wygranych. Jednego możemy być pewni - "Lady Bird" to całkiem ciekawy kawał chleba.


I to tyle, jeśli chodzi o filmy, na które najbardziej czekam. 😆 Na obrazku powyżej możecie zobaczyć plakaty filmów, których nie uwzględniłem w swoim rankingu siedmiu (siódemka to w końcu szczęśliwa liczba), aczkolwiek jestem ciekawy, co sobą zaprezentują i jak pójdzie im w box office. 💗A wy na jakie premiery tegoroczne czekacie najbardziej i dlaczego? Dajcie znać w komentarzach! W sobotę około 18 post poświęcony miłości, a w poniedziałek (8 stycznia) wpis o serialach, na które czekam w 2018 i może jakaś niespodzianka. 😏
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze

Z wielką przyjemnością chciałbym powitać Was w nowym roku — dwa tysiące osiemnastym (skromne życzonka na obrazku powyżej) 💗.  Dzisiejszy wpis poświęcony jest podsumowaniu zeszłorocznego roku oraz moim planom na 2018 (tytuł wcale tego nie zdradza).  Więc jeśli spodziewacie się fajerwerków w dalszej części notki to niestety, ale nie macie na co liczyć — przynajmniej nie tym razem. 😅 Mimo tego będzie mi bardzo miło, jeśli poświęcicie chwilkę i przeczytacie moje noworoczne wypociny.  



*Zanim całkowicie 'wgryziemy' się w dzisiejszy wpis, wcześniej proponuję odtworzyć wyżej umieszczoną playlistę z utworami, które kojarzą mi się 2017 i towarzyszyły mi podczas pisania dzisiejszej notki* Ps. W playliście powyżej nie znajdziecie "Despacito" (na szczęście). 

Jednego jestem pewien — dwa tysiące siedemnasty był dla mnie dobrym rokiem. Napisałem dobrze egzamin gimnazjalny (dalej nie rozumiem, po co mi to, ale mniejsza), dostałem się do wymarzonej szkoły oddalonej ponad sto kilometrów od mojego rodzinnego domu, zamieszkałem w krakowskiej bursie, poznałem wspaniałych ludzi, zacząłem uczyć się norweskiego (bokmål), zrozumiałem wreszcie angielski (dziękuję, pani Arleno), obejrzałem masę znakomitych seriali m.in. "Stranger Things", "The Handmaid's Tale", "Game of  Thrones" (nie mam pojęcia, dlaczego dopiero teraz obejrzałem GOT, ale gorąco polecam, jeśli ktoś jeszcze nie widział). Poznałem miłość swojego życia, aby potem przeżyć rozstanie roku na miarę Brangeliny. Obejrzałem nowe "Gwiezdne Wojny". Pozbyłem się ze swojego życia fałszywych osób, które mocno mnie ograniczały i zastąpiłem ich nieszablonowymi oraz wartościowymi ludźmi. 👅💗

Niestety, ale rok 2017 to nie tylko dobre wspomnienia i same plusy. W dwa tysiące siedemnastym nie: schudłem, zrozumiałem matematyki, założyłem kanału na YouTube, prowadziłem regularnie bloga, byłem na Warsaw Comic Con, kupiłem wymarzonej lustrzanki, zrealizowałem swoich marzeń, nauczyłem się języka migowego,  popełniłem samobójstwa (ale to akurat na plus), poznałem Henrika Holma (Even ze Skam). Reasumując - plusy i minusy, tak jak napisałem na samym początku, 2017 był całkiem dobrym rokiem, który wiele mnie nauczył. 😁


Było już podsumowanie. Więc przyszedł czas na standard noworoczny, czyli przedstawienie ambitnych planów na rozpoczynający się rok. Krzysztof Krawczyk śpiewał kiedyś o tym, że chciał być marynarzem. Teraz moja kolej, żeby zaśpiewać, tzn. napisać, kim chcę być w nowym roku i co takiego chcę osiągnąć. Moje plany do najoryginalniejszych nie należą, ale co tam. 😋 1. Nauczyć się/zrozumieć królową nauk — matematykę. 2. Prowadzić systematycznie bloga (trzy wpisy w tygodniu). 3. Być na bieżąco z premierami filmowymi/serialowymi = więcej recenzji/przemyśleń filmowych. 4. Zorganizować konkursy (tak liczba mnoga) z nagrodami rzeczowymi. 5. Zostać wolontariuszem (pomagać innym). 6. Schudnąć i rozpocząć zdrowy tryb życia. 7. Wyjechać gdzieś daleko może w Bieszczady. 8. Spotkać się po raz pierwszy z ibf (ale tandetnie to brzmi). 9. Zacząć pracować w wakacje (McDonald czeka). 10. Chcę być człowiekiem szczęśliwym oraz pozytywnie nastawionym do ludzi. 💗


Jeśli chodzi o moje podsumowanie oraz plany na 2018 to byłoby na tyle. Następnego wpisu możecie spodziewać się w czwartek o godzinie 18:00 - będzie poświęcony filmom, na które najbardziej oczekuje w bieżącym roku m.in. "Call Me By You Name". 💗 Nie byłym sobą, jeżeli nie zapytałbym Was jak wy wspominacie 2017 i jakie macie plany na 2018. Dajcie znać w komentarzach. See you on Thursday! 
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze

Kalendarium

Obserwuj mnie

  • facebook
  • twitter
  • pinterest
  • google+
  • instagram

Etykiety

  • film
  • inne
  • organizacja
  • recenzja
  • trudny temat

Polecane

Patronaty

Archiwum

  • kwietnia 2018 (6)
Facebook Twitter Instagram Pinterest Ask.fm
OBSERWUJ MNIE @REVOY05

Created with by BeautyTemplates | Distributed by Blogger